Filmowe podsumowanie 2 tygodni kwietnia

Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę filmów, nie ma bata… W pierwszych dwóch tygodniach kwietnia udało mi się zobaczyć kilka filmów - lepszych i gorszych, ale mimo wszystko wartych obejrzenia. Oto lista wraz z opisem i stworzonymi (czasem nieco przerobionymi) przeze mnie mini plakatami - czyli co sądzę o obejrzanych przeze mnie filmach. Podczas wybierania sobie filmów nie trzeba kierować się moją opinią, bo jestem osobą, która przecież może się mylić, filmoznawcą również nie jestem, a i tak każdy ma swój gust.

PRZEKRĘT - reż. Guy Ritchie (2000)

przekret.jpg

Guy Ritchie, reżyser filmu, szerszej publiczności znany zapewne bardziej jako mąż Madonny, stworzył naprawdę bardzo dobrą komedię kryminalną. Kto nie widział, ten niech czym prędzej skorzysta z takiej możliwości i po prostu obejrzy ten film. To był chyba mój trzeci raz przed telewizorem, który spędziłam przy tym właśnie filmie - i nadal podoba mi się tak samo jak za pierwszym razem. Nieudacznicy, cyganie z dziwnym akcentem (niesamowity Brad Pitt), kiepscy włamywacze, sprzedawcy brylantów i pies. Mieszanka wybuchowa z zakazanymi walkami bokserskimi i z oryginalnym motywem przyczep kempingowych w tle… Polecam!

DZIECI SWINGA - reż. Thomas Carter (1993)

dzieci_swinga.jpg

Film obejrzałam jedynie ze względu na trzech aktorów grających w tym dziele: Roberta Sean’a Leonarda, Christiana Bale’a (właściwie bardziej ze względu na niego) i Kennetha Branagh’a. Stwierdzę krótko - wspaniały obraz. Dzięki niemu mogłam chociaż przez moment zastanowić się, jakie życie mieli cywile z Niemiec w czasie panowania Hitlera. Wychodzi na to, że jednak równie nieciekawie jak w okupowanych krajach. Jeśli nie byłeś z Hitlerem i jego partią, byłeś przeciwko niemu… smutne, szczególnie iż jego chory umysł stwierdził, iż Swing może zatruć zachodnią filozofią życia organizmy i krew młodych Niemców. Doskonałe role aktorów, którzy zagrali głównych bohaterów - młodych i utalentowanych ludzi, którym nazistowskie wymysły zniszczyły życie. Christian Bale tak dobry, że muszę stwierdzić iż jego postać fascynowała, by pod koniec filmu z łatwością można go było znienawidzić. Polecam!

IRIS - reż. Richard Eyre (2001)

iris.jpg

Dość nietypowy film o anglo - irlandzkiej pisarce Iris Murdoch. Pokazany w dwóch odsłonach - z młodą, ambitną i wykształconą dziewczyną (w tej roli Kate Winslet) i starszą kobietą, walczącą z chorobą Alzheimera. Opowieść o tym, że nic nie jest nam dane na wieczność (a przynajmniej do końca życia) Wydawać by się mogło, iż tak zdrowy i ćwiczony umysł pisarza nie ma szans na spotkanie się z chorobą. Jak widać choroba nie wybiera i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Oparty na wspomnieniach męża pisarki - film “Iris” to opowieść o życiu i śmierci, o radościach i smutkach, o codziennych zmaganiach i o sile miłości. Film dość dobry, jednak moim zdaniem Kate Winslet nie musi w każdym filmie pokazywać swojego ciała… akurat w tym obrazie moim zdaniem jej nagie piersi były zbędne.

PENELOPE - reż. Mark Palansky (2006)

penelope.jpg

Chyba każdy chciałby zobaczyć Christinę Ricci ze świńskim ryjkiem. Wygląda, muszę to powiedzieć, całkiem uroczo. Penelope to opowieść o niedoskonałościach, o pokonywaniu własnych kompleksów, o uprzedzeniach, stereotypach i  powierzchownym traktowaniu ludzi, podana w bajkowy i bardzo przyjemny sposób. Najważniejszą bowiem rzeczą w naszym życiu jest miłość - zarówno poprzez kochanie innych, jak i przede wszystkim siebie. Film z naprawdę świetną obsadą - Polecam!

NIANIA W NOWYM YORKU - reż. Shari Springer Berman (2007)

niania_w_nowym_yorku.jpg

Po przeczytaniu książki “Niania w Nowym Yorku” Emmy McLaughlin i Nicoli Kraus, miałam ochotę oczywiście zobaczyć film. Książka może nie była jakimś wybitnym dziełem, ale z pewnością pokazała panujące zasady pomiędzy matkami z wyższych sfer, a opiekunkami ich dzieci. Film o tym samym tytule ze Scarlett Johansson w roli głównej też nie jest może jakimś porażającym i niesamowitym filmem, ale dla kogoś kto chce się odrobinę rozluźnić, to jest to bardzo przyjemna rozrywka. Można spokojnie obejrzeć.

MIŁOSNA UKŁADANKA - reż. Tom Vaughan (2006)

milosna_ukladanka.jpg

Tytuł oryginalny - Starter for 10 (chodzi o program telewizyjny) został w polskiej wersji ochrzczony tytułem: Miłosna układanka. W tym momencie, moim zdaniem, traci połowę widowni (m.in. mężczyzn, dla których taki tytuł oznacza jedno - komedię romantyczną lub romans) A przecież ten film to nie tylko komedia romantyczna, ale i dramat. Film, który może nie powala na kolana (mnie powala zawsze James McAvoy) ale za to ma w sobie dużo oryginalnego uroku. Film opowiada o młodym, zdolnym i pracowitym studencie z Bristolskiego Uniwersytetu, który pragnie pogłębiać wiedzę i wziąć udział w telewizyjnym programie: Starter for 10. Oprócz wiedzy, zdobywa również względy dwóch kobiet - blondynki i brunetki (bardzo stereotypowe). Film o latach 80-tych, z fajnym klimatem z tamtych czasów i muzyką tego okresu. Można obejrzeć.

27 SUKIENEK - reż. Anne Fletcher (2008)

27_sukienek.jpg

Reżyserka filmu, to bardzo zapracowana pani, która swoją karierę rozpoczynała jako tancerka. Obecnie gra w filmach najczęściej tancerki, jest również choreografem, a ostatnio zajęła się także reżyserią. W końcu pracując przy tak wielu filmach można spokojnie się tego nauczyć. Jej pierwszym filmem był Step up, była również producentką drugiej części, jednak swoim kolejnym filmem podkreśliła, że potrafi się wybić z tłumu. Jak to zrobić? Wystarczy nakręcić film o miłości, popularnie nazwany komedią romantyczną i obsadzić w głównej roli sympatyczną, młodą aktorkę, która właśnie staje się coraz bardziej popularna. 27 Sukienek da się obejrzeć, czasami bywa nawet zabawny, chociaż są również momenty trudne do przełknięcia. Jednym słowem - komedia romantyczna jakich wiele… Jeśli chodzi o aktorów - to jakoś im to wyszło… (denerwował mnie jednak najbardziej chrypliwy głos Edwarda Burnsa…)

JUNO - reż. Jason Reitman (2007)

juno.jpg

Naprawdę myślałam, że film będzie dobry. Miałam nadzieję… bo świetnie się zaczął, super zdjęcia, bardzo dobrze dobrani aktorzy, muzyka i w ogóle… tyle że niestety mam swoje ALE. Tematyka dobra, jednakże podejście do niej beznadziejne. Młoda dziewczyna zachodzi w ciążę (trudno, stało się, widocznie nikt jej nie uświadomił), mówi o tym koleżance, która proponuje by oddała dziecko jakiejś rodzinie (młoda, to tak sobie wymyśliła). Juno (czyli tytułowa bohaterka) opowiada o tym rodzicom (Ci oczywiście popierają jej pomysł, bo po co wychowywać kolejne dziecko - mają już małą córeczkę). Dziewczyna znajduje rodzinę (miło, słodko, fajnie) i … no właśnie - nie chcę zdradzać zakończenia filmu, bo film wypadałoby obejrzeć, ale po prostu jestem zażenowana… Jeśli film miałby być moralizatorski, to niestety nie poszedł w dobrym kierunku, wydaje mi się nawet, że nastolatki będące w ciąży mogą za bardzo wziąć sobie do serca olewcze podejście bohaterki, jej rodziny, chłopaka i wszystkich wokół. No cóż - film miał potencjał, mógł coś dobrego przekazać, a tymczasem okazał się pusty i bardzo niewychowawczy… Ale czego spodziewać się po scenariuszu, kiedy pisząca go autorka używa imienia Diablo. Brawa jedynie za fajny klimat i świetną rolę Ellen Page, grającą Juno. Zakończenie moim zdaniem do bani.

ZACZAROWANA - reż. Kevin Lima (2007)

zaczarowana.jpg

Wyobraźcie sobie, że postać królewny wychodzi z jakiejś bajki Disneya i zaczyna z wami rozmawiać, w sposób jakiego normalnie używa w swoim świecie. Do tego śpiewa i rozmawia ze zwierzętami… cóż… taki właśnie jest film Zaczarowana. Połączenie animacji z filmem fabularnym nie jest być może nowością, ale ten film ma w sobie naprawdę coś. Jest zabawny(być może nie pośmiejemy się do rozpuku, ale uśmiech na twarzy na pewno się pojawi, może nawet będzie tam przez cały czas). To jeden z tych uroczych, romantycznych i z przyjemnością oglądanych filmów Disneya, przy których cała rodzina będzie się świetnie bawiła. Polecam!

STEP UP 2 - THE STREETS - reż. Jon Chu (2008)

stepup2.jpg

Ponieważ bardzo lubię tańczyć, lubię też wszelkie filmy z tańcem w tle lub najlepiej na pierwszym planie. O ile Step up (czyli pierwsza część) był dość ckliwy, o tyle drugi jest bardziej dynamiczny i mniej słodki. W tym filmie najważniejsze elementy to taniec, przystojni tancerze, piękne tancerki i niesamowity pokaz pod koniec filmu. Reszta mogłaby zostać usunięta, ale wtedy z pewnością ostał by się jeno sam teledysk. Dla fanów tańca (których teraz, szczególnie w Polsce z pewnością się namnożyło, za sprawą znanych telewizyjnych programów) film może się stać instruktażem, jak zostać docenionym tancerzem - odrobina buntu, wytrwałości, oczywiście talentu i chęci pokazania się z najlepszej strony. Może wystarczy…

Dodaj komentarz »

Herbata dnia - Twinings - Green Tea & Apple

Warto od czasu do czasu spróbować jakiegoś nowego herbacianego smaku. Tym razem wybór padł na zieloną herbatę firmy Twinings. Ponieważ uwielbiam zielone herbaty i akurat przechodziłam obok półki w Tesco z herbatami tej marki, postanowiłam się skusić na jeden ze smaków. Zielona herbata z jabłkiem wydała mi się całkiem zachęcająca. Postanowiłam ją kupić, najpierw dokładnie sprawdzając czy czasem nie dosypało się producentowi cynamonu do tej mieszanki. Na szczęście oszczędzono mi tej katorgi (lubię cynamon z jabłkiem, ale absolutnie nie w herbacie) i Green Tea & Apple znalazło się w moim koszyku.

twinings.jpg

Jakie wrażenia? Przede wszystkim próbując jej po raz pierwszy odetchnęłam z ulgą: Smakuje mi. Jest taka jaka być powinna - delikatna i mocniejsza przy dłuższym parzeniu z subtelnym posmakiem jabłka (bez nieszczęsnego cynamonu). Londyńska firma postarała się również o naturalne składniki (co nie zdarza sie w każdej herbacie innych firm) i oprócz zielonej herbaty, jest naturalny aromat i kawałki jabłka:)

twin.jpg

Co jeszcze przemawia na korzyść herbaty firmy Twinings? Z pewnością 300 wiekowa tradycja w produkcji herbaty. Założona w 1706 roku w Londynie, jest obecnie jedną z najstarszych firm herbacianych w Anglii, a w dodatku jest popularna w niemalże 100 krajach świata.  Produkuje wyspecjalizowane mieszanki herbaciane o rożnych rodzajach i smakach. Polecam Green Tea & Apple wielbicielom zielonej herbaty z dodatkami. Osobiście postaram się również spróbować innych smaków tej firmy, o czym oczywiście doniosę na moim blogu.

Czytaj komentarze [2] »

Jak nie znudzić się własnymi piosenkami

Kolega z pewnego zespołu, powiedział mi kiedyś, że znudziło mu się już śpiewanie tych samych piosenek. Zespół istnieje od 4 lat i właściwie nie należy się dziwić, że grając koncerty można przestać lubić własne utwory. Podałam mu jednak przykład Rolling Stonesów, którzy chociaż grają od wielu lat i oczywiście mają więcej piosenek na koncie, wciąż grają stare numery i jakoś z tym żyją. Fani oczywiście tego wymagają, a i pieniądze z koncertów są bardziej motywujące. Zaproponowałam koledze by zmienić aranżację utworów, gdyż pomimo iż te piosenki zostały nagrane i zapisane w ten sposób, przecież zawsze można coś w nich zamieszać. Niestety nie wiem czy posłuchał mojej rady, gdyż niestety od dawna już nie miałam okazji ich posłuchać (jak to się mówi - zawsze kurde coś).

christina.jpg

Jednak do czego zmierzam… jak być może już niektórzy się zorientowali, uwielbiam Christinę Aguilerę - jej głos, jej osobowość, jej wygląd i to co robi na scenie. Oczywiście nie jestem jakąś zwariowaną fanką, z plakatami na ścianach, która objeżdża świat podążając za ukochaną gwiazdą (chociaż to akurat mogłoby być miłe). No i niestety nie byłam na żadnym jej koncercie (czego bardzo żałuje, ale mam nadzieję, że to jeszcze nadrobię). Moim zdaniem, jest to niezwykle dojrzała artystka, która właściwie od wczesnej młodości wiedziała czego chce. Nagrała kilka albumów, ale jak wiadomo, na koncertach trzeba grać dla fanów również stare piosenki. I w jaki sposób urozmaica to sobie Krystynka? Nie gra ciągle tak samo jak niektórzy artyści, tylko ciągle szuka nowych inspiracji, używa innych instrumentów, śpiewa sama lub z chórkiem, spowalnia piosenkę lub ją przyspiesza, zmienia aranżację lub gra unplugged. A wszystko po to, by piosenka żyła i rozwijała się wraz z nią.

Oto jedna piosenka Christiny “Come on over” w kilku odsłonach. Na początek oryginalna wersja z teledyskiem: Kiedy Krysia była jeszcze całkiem młoda…

Wersja koncertowa

A to wersja akustyczna, nieco spowolniona… z chórkiem

A to już wersja najnowsza, z ostatniego DVD, specjalnie dostosowana do całego koncertu i ostatniej płyty: “Back to Basics”

Przykład na to, jak można rozwijać swoje piosenki wraz z karierą i wcale nie trzeba ich porzucać lub wstydzić się, że są zbyt dziecinne, bo były nagrywane kilka lat wcześniej. Wystarczy mały lifting i Christina wraz z producentami jej piosenek potrafi odpowiednio zmienić swoje utwory.

Dodaj komentarz »